sobota, 22 listopada 2008
s.o.b.o.t.a
Z rana pobudka, wstałam i stwierdziłam że wszystko jest tak samo beznadziejne jak było. Wyprawa do soko po jakąs szame i przy okazji kupiłam sobie szlik i rękawiczki bo ostatnio zgubiłam. W domu siostra poinformowała mnie że komp nie działa tak jak zawsze nie działa jak już mu coś odpieprza, to ok naprawie, ale checa nie da się. Tata dzwoni do majstra a on gdzies na drugim końcu świata baluje. Mama zadzwoniła do Piesiów i Maciek przyszedł i mi naprawił wszystko i jest elegancko. nawet muzykę moge odtwarzac i własnie z tego kożystam. Słucham najzajebistrzego kawałka jaki mam na kompie i wspominam wakacje, bo wtedy go nagminnie słuchałam... sad... czereśnie.... jazda rowerem o 5 rano... spotkania z M.... przebieranie się na klatce schodowej... wycieczki rowerowe... kurde szkoda że już minęły wakacje i jest zimno (w każdym znaczeniu tego słowa) ale sowa dosy już tego leniuchowania bierz się za angola bo za godzine nie będzie ci się chciało bardziej niż nie chce ci się teraz.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz